Adamczykowie

Na tychże stronach przedstawiona jest historia pewnej łódzkiej rodziny ...

Mama Broncia

Bronisława Adamczyk

Mama (Bronisława Adamczyk - przypis TS), - dobroć człowieka - nasza ukochana mama.
Wracam do mamy - była mamą opiekuńczą, martwiła się o wszystkich, każde dziecko kochała po swojemu, pamiętam jej uśmiech na twarzy jak wszyscy byli razem w domu i każdy miał coś do powiedzenia.

Pamiętnik w opracowaniu.

Tata Stasio

Stanisław Adamczyk

Tata (Stanisław Adamczyk - przypis TS), jak pamiętam, a byłam najmłodsza, brał mnie na kolana, bawił się ze mną, huśtał mnie na nodze i się całowaliśmy. Było takie powiedzenie:
Brałam go za wąsy, a tato mnie za policzki i był to "buziaczek za strojaczek".
Tato był dobrym człowiekiem. Kochał nas wszystkich bardzo.

Pamiętnik w opracowaniu.

Pola

Apolonia Adamczyk

Teraz opiszę moją siostrę Polę (Apolonia Adamczyk - przypis TS).
Była to wspaniała osoba, miałam ogromne szczęście, że miałam taką siostrę.
Była starsza ode mnie o szesnaście lat. Jak się urodziłam była już panną i chwaliła się, że ma młodszą siostrę.
Siostra moja, jak już byłam małą dziewczynką zabierała mnie wszędzie ze sobą, na spacery do Parku Źródliska i nawet na swoje randki.
Park Źródliska to poznałam bardzo dobrze.

Pamiętnik w opracowaniu.

Wiesia

Wiesława Smolarek zd Adamczyk

Pamiętnik Wiesi Smolarek spisany na dwa lata przed śmiercią.

Urodziłam się w Łodzi mieście 15 sierpnia 1929 roku. Doskonale pamiętam moje dzieciństwo.
W sumie, jako piąte dziecko to byłam już niepotrzebna, ale lekarz powiedział mamie:
- to dziecko będzie bardzo potrzebne (i tak było jak przyszła wojenna zawierucha).

Zacznę od taty bo mama nie miała za wiele czasu na pieszczoty, była nas piątka więc miała sporo pracy i pracowała zawodowo.
Tata (Stanisław Adamczyk - przypis TS), jak pamiętam, a byłam najmłodsza, brał mnie na kolana, bawił się ze mną, huśtał mnie na nodze i się całowaliśmy.
Było takie powiedzenie:
Brałam go za wąsy, a tato mnie za policzki i był to "buziaczek za strojaczek".
Tato był dobrym człowiekiem. Kochał nas wszystkich bardzo.

Mama (Bronisława Adamczyk - przypis TS), - dobroć człowieka - moja ukochana mama.

Pamiętam takie chwile z mojego życia:

Brat (Marian Adamczyk - przypis TS) najstarszy - to był bardzo elegancki, w tygodniu chodził "pod krawatem",
a w niedzielę "pod muchą" (miał takich samych kolegów),
ale był problem zawiązania muchy, nikt nie umiał jej wiązać, a więc "kawalerka" przychodziła w niedzielę rano do nas i mama im wiązała te muchy.
A było to nie lada zadanie, bo mucha musiała być prosto wywiązana.
Wszyscy od nas szli do kościoła (św. Anny - przypis TS) na dziewiątą rano.
Po Mszy Świętej, wszyscy stali przed Kościołem i spoglądali na panny - która ładniejsza.

Mój brat Kazik (Kazimierz Adamczyk - przypis TS) - średni - nie był aż tak elegancki, zawsze mówił "mamuchna ja i tak jestem ładniejszy".
Był urwisowaty o bardzo dobrym sercu.

Siostra moja (Apolonia Adamczyk - przypis TS) - śliczna, dobra i kochana przez wszystkich.
Jako dziecko chodziłam z nią wszędzie, do kościoła i na randki do Parku Źródliska, na różne inne wycieczki.
Jak pamiętam wycieczki były wspaniałe (podglądałam jak się całowali), w czasie wycieczek były też różne gry.

(epizod z życia sześciolatki- przypis TS)

W czasie wycieczek nie było pijaństwa, pamiętam całą skrzynkę pomarańczy (ale jej nie zjedliśmy).
Jeden z kolegów był wesołkiem i na Placu Wolności sprzedawał te pomarańcze, a naprawdę je rozdawał,
był to Wili Szmitke. Bardzo szanował moich rodziców, raz powiedział do mojej mamy:
- Pani Adamczykowa, przecież ja nie jestem winien, że jestem Niemcem.
To byli szlachetni ludzie. A mieli domek z ogrodem w Zgierzu i tam właśnie jeździliśmy na wycieczki.

Raz pamiętam, jechaliśmy z tej wycieczki i zaczął padać deszcz, ja się skarżyłam że pada deszcz i powiedziałam
- o tam z taką wycieczką.
I wszyscy się śmiali i długi czas mi to przypominali, aż się poskarżyłam mamie i mama ich skarciła.

Wszyscy kolegi Mańka (mojego brata Mariana - przypis TS) grali na instrumentach, były skrzypce, gitara, bandziora - wszyscy pięknie grali.

Nasze podwórko (Łowicka 6 - przypis TS) było ładnie utrzymane więc były tańce w sobotę i niedzielę. Mama tylko się uśmiechała, bo bardzo ładnie tańczyła, bardzo lubiła młodzież. Tato nie umiał tańczyć.
Wracam do mamy - była mamą opiekuńczą, martwiła się o wszystkich, każde dziecko kochała po swojemu, pamiętam jej uśmiech na twarzy jak wszyscy byli w domu razem i każdy miał coś do powiedzenia.

(epizod z życia sześciolatki- przypis TS)

Miałam sześć lat (rok 1935 - uzupełnienie T S) kiedy zaginęłam, a było to Boże Ciało.
Poszłam sama do Kościoła - pamiętam, było bardzo gorąco.
Z naszego Kościoła po mszy rannej wszyscy się zbierali i szliśmy do Katedry i tam się zbierały wszystkie Kościoły, więc było bardzo dużo ludzi.
Było to chyba za długo dla mnie więc wyszłam z tego tłumu i tak wybrałam się w podróż do domu.
Wydawało mi się że idę dobrze. Do Placu Reymonta to było faktycznie dobrze, ale potem to poszłam na Chojny (bo tam też były szyny tramwajowe), ja biedna szłam tam gdzie były szyny, gdybym szła lewą stroną, to bym zaszła do swojej dzielnicy, a szłam prawą stroną i zaszłam na Chojny.
I szłam, szłam, szłam w tą gorączkę, pytałam się ludzi o ulicę Łowicką numer 6, ale nikt nie wiedział gdzie jest ta ulica.
Zaczęłam płakać, jak pamiętam, miałam kremowy fartuszek, był mokry od łez.
Domy się przerzedziły, przed domem który mijałam bawiła się dziewczynka ubrana na biało, myślę sobie że ona jest już w domu a ja jeszcze nie jestem w domu.
Podeszłam do dziewczynki i pytam o ulicę Łowicką 6, ona mi powiedziała że nie wie gdzie ona jest:
- ale jest tutaj komisariat, to cię zaprowadzę.

Na komisariacie wypytali się gdzie mieszkam, dziwili się że tak daleko przyszłam, a było to gdzie jest teraz Szpital Matki Polki. Dali mi w kremowym garnuszku pić. Pytali się, czy wiem jakich znajomych tata może ma co mają telefon.
Ja im powiedziałam, że tata chodzi do takiego żyda co ma telefon. Więc zadzwonili do niego. Tato tam był bo zamawiał części do pieców, bo tata był zdunem i to bardzo dobrym.
Żyd powiedział tacie,
- panie Adamczyk, pana córka jest w komisariacie na Chojnach.
Więc tato zaraz wstał i pojechał od niego na Chojny.

W tym czasie przyszedł do nas policjant i pytał się mamy czy ma córkę Wiesię, mama powiedziała że tak i że jest w domu z siostrą (mojej mamy - przypis TS), a na to wchodzi ciocia Cela (siostra mamy- przypis TS) pytając:
- gdzie jest Wiesia, Wiesi nie było ze mną.
- Pani córka jest w komisariacie na Chojnach - odpowiedział policjant.
Siostra moja (Apolonia Adamczyk - przypis TS) pojechała z policjantem do komisariatu, jak ją zobaczyłam to zaczęłam bardzo płakać, po chwili trochę się uspokoiłam, siostra zdjęła mi fartuszek, który był bardzo zlany łzami, uczesała mnie i doprowadziła do jakiegoś wyglądu. Pożegnaliśmy się i w ruszyłyśmy drogę powrotną. Bardzo byłam już zmęczona.

Doszłyśmy do przejazdu kolejowego, a tato szedł w naszą stronę i się spotkaliśmy i znowu radość ze łzami i szczęście. Wsiedliśmy w tramwaj i dobrnęliśmy do ulicy Łęczyckiej.
Na przystanku stała gromadka dzieci czekająca na "zgubę".
To były bardzo dobre czasy, nawet dzieci się kochały i dbały o siebie.
Słońce już zachodziło. Pamiętam, że się bardzo wstydziłam, usiadłam w kątku koło okna i cichutko płakałam. Mama położyła mnie spać, podobno w nocy szlochałam przez sen.

(epizod z życia ośmiolatki - przypis TS)

Płynęły dni i lata. Bodajże miałam osiem lat.
Graliśmy w klasy i piłką były wybijane szyby, ale tato nigdy się nie denerwował i wprawiał szyby nawet jak inne dziecko wybiło szybę.
Pewnego razu tato kupił całą dużą szybę, mama pytała dlaczego taką dużą, tato powiedział:
- Broncia, nie będę stale chodził po te małe szybki, a tak starczy na długo.

Brat Hirek, najmłodszy (Hieronim Adamczyk - przypis TS) był starszy ode mnie o dwa lata.
Siostra nasza uczyła nas grzeczności, szacunku dla starszych, zgrabnego chodzenia. Pamiętam że musieliśmy chodzić z książką na głowie i prostą postawą albo ręce do tyłu i z laską na plecach.
Były też kary za nieposłuszeństwo. Jak coś przeskrobaliśmy, to się klęczało na grochu - to była ciężka kara, jak mniejsza to się tylko klęczało i ręce do góry.

Wspominam te chwile, które wydają się mi najpiękniejszymi w moim dzieciństwie.

Jak chodziłam do pierwszej klasy na ulicę Skierniewicką, nie mogłam się przyzwyczaić do tego hałasu w szkole, stale mnie bolała głowa i pan który mnie uczył miał kłopoty.
Mój nauczyciel był naszym znajomym, przyszedł do rodziców i powiedział, że powinni mnie przepisać do żeńskiej szkoły, bo ja nie znoszę tego gwaru.
Rodzice przepisali mnie do szkoły na ulicę Milionową, tam było ciszej bo były same dziewczynki.
Było cicho i fajnie. Uczyła nas pani Starczewska. W wojnę dowiedziałam się, że ją wysiedlili, ale ją znalazłam - mieszkała na ulicy Rzgowskiej.
Poszłam do niej, jak mnie zobaczyła to się popłakała.
- Jak mnie dziecko znalazłaś.
- Dowiedziałam się od Marysi Opas
Zaniosłam jej wtedy mięso tak zwaną rąbankę. Ucieszyła się bardzo i zapytała mnie czy się nie bałam.
Ja nie mogłabym się bać, bo ja z Marysią (Maria Opas - przypis TS) nosiłam w okupację ulotki.

Marysi rodzina należała do Polskiego Podziemia, była to bardzo zacna rodzina.
Marysia miała dwóch braci.
Bolek (Bolesław Opas - przypis TS) był plastykiem, pięknie malował. Namalował swoją narzeczoną, była piękną panną, bardzo zgrabną. Ja jako dziewczynka podziwiałam jej nogi, nadal dzisiaj jak piszę widzę jej postać. Byli wspaniałą parą.
Niestety Bolek nie doczekał wolności. Został zamordowany w obozie - był to wspaniały człowiek, uczył nas tak długo jak tylko mógł. Na lekcje przychodziło dużo dzieci.
Drugi brat też został aresztowany i zamordowany.
To była wspaniała i szlachetna rodzina. W tej zacnej rodzinie spędziłam piękne chwile. Pamiętam, że jak rodzice (Marysi - przypis TS) wychodzili z domu to mi mówili,
- Wiesiu, jak nie wrócimy to się zaopiekuj Marysią.
Ja zawsze mówiłam że,
- przyrzekam.
Mieli piękny dom na ulicy Milionowej i duży ogród, pięknie w nim było. Dużo drzew owocowych i porzeczek. Bardzo dużo było czarnych porzeczek.
Mnie czarne porzeczki nie smakowały, miały taki dziwny zapach i smak. Pani Opas nauczyła mnie jeść te porzeczki, mówiła że mają bardzo dużo witamin.
Powiedziała mi,
- zatkaj nos, przegryź i połknij.
I to było wszystko. Potem jadłam bardzo dużo porzeczek i się nie krzywiłam.

To były ciężkie czasy, ponurej wojny z Niemcami Hitlerowskimi, razem nosiłyśmy ulotki.
Pewnego dnia jak pamiętam znalazłyśmy się w jakimś mieszkaniu. W pokoju było bardzo ładnie, to chyba byli Niemcy, był też wilczur tak wytresowany, że jak się z Marysią ruszyłyśmy - on zaraz wstawał i patrzył się na nas, jak usiadłyśmy to on się położył.
Mijały dni, ja z Marysią coraz rzadziej się spotykałam. Po wojnie raz się spotkałyśmy. Tak się nasze drogi rozeszły. Wiem, że też została plastyczką.

Przyszedł ciężki dzień, Marysię z rodzicami wysiedlili z Łodzi.

Wracam do roku 1939.
Czasy były takie, że często mówiło się o wojnie. Mama mówiła do taty,
- Stasiu, musimy się przygotować do tej wojny.
Tato właśnie kończył stawianie pieca, i za zarobione pieniądze każdy dostał dwie pary butów i to co było potrzebne z odzieży.
Ja byłam tego lata na wakacjach na wsi u brata mojego taty w Suchoczasach (okolice Zduńskiej Woli - przypis TS). Wakacje się kończyły i mama przyjechała po mnie. Już jak wracałyśmy, to z tramwaju widziałyśmy rozruchy. Było bardzo dużo ludzi, mama mówiła pytająco:
- dziecko, czy to już wojna?
Widziałyśmy na Napiórkowskiego (dzisiejsza Stefana Przybyszewskiego - przypis TS) koło kina Palladium (kino Wolność - przypis TS) ciocię Królową,
która coś nam pokazywała rękoma. Mama nie mogła jej zrozumieć, dopiero jak przyjechałyśmy do domu to tato i wszyscy w domu opowiadali co się dzieje.
Na drugi dzień to dopiero się zaczęło. Bicie Niemców. Na naszej ulicy pod ósmym mieszkał Niemiec, który wszystkich w tym tłumie fotografował, a potem jak już wojna wybuchła, to przyjeżdżało Gestapo i wszystkich z tych zdjęć aresztowało.
Bardzo dużo młodzieży zostało aresztowane.
Tato nasz nie pozwolił nikomu wychodzić, bo mówił że:
- to niemiecka prowokacja.
Tak nas uratował od nieszczęścia.

W czasie tych rozruchów mama poszła do pani Kargerowej i powiedziała żeby się nie bała. My całą ich rodzinę obronimy, wzięła ich do nas gdzie przeczekali tę burzę.
Po paru tygodniach Gestapo przyszło do naszej gospodyni (Kargerowej - przypis TS) i pytali się, czy ich ktoś nie skrzywdził? Kazali jej podać książkę meldunkową. Po kolei sprawdzali - a my zaraz na początku, (Adamczyk - przypis TS) była cała rodzina do wzięcia - Kargerowa opowiedziała jak było i nam nic nie zrobili.

Pamiętam jak przyszli po pana Lewandowskiego Tadeusza. To było koło południa. Przyjechało bardzo dużo Gestapowców na motorach, akurat czyściłam buty koło okna na korytarzu. Widziałam jak weszli do kuchni i pytali się o Tadzia, siostra jego smażyła placki kartoflane, powiedziała że jego nie ma, a on (Gestapowiec - przypis TS) wziął tą patelnię z pieca i tą gorącą patelnią uderzył ją w twarz aż się zatoczyła.
Ich okna wychodziły na ogród i pan Tadeusz chciał uciec. Ale oni oblężyli całą naszą ulicę i ulicę Rawską. Złapali go na Rawskiej i wywieźli do obozu Oświęcimskiego.

Opiszę dalsze losy Tadeusza Lewandowskiego, kolegi mojego brata Mariana.
Tadeusz nie przeżyłby gdyby nie Wili Szmytke (Niemiec - przypis TS), on też był kolegą mojego brata Mariana.
Wili Szmytke był Niemcem z porządnej rodziny. Wili był ładnym chłopcem.
Właśnie miał obchód w obozie (Oświęcim - przypis TS) i zobaczył nazwisko kolegi, myśli intensywnie co ma zrobić żeby nikt nie zauważył że on przełożył dalej nazwisko (kolegi - przypis TS) do spalenia.
W dość krótkim czasie udało mu się przenieść Tadeusza do innego obozu. I tak pan Tadziu przeżył to piekło.
Pan Wili jak przyszedł do nas (był ranny na froncie wschodnim i dostał urlop) to nam to opowiedział - był rok 1943.
Wtedy już moja siostra nie żyła, bardzo płakał.
Pamiętam jak opowiadał, że z Ameryką nikt nie wygra bo to jest mocarstwo z wielką techniką i kapitałem.
Jak wojna się skończyła, to pojechał do Anglii. Pisał do pani Zosi - to była jego panna - żeby do niego przyjechała. Ale Zosia była już mężatką. Pomimo tego paczki jej przysyłał.
Zmarł w Wielkiej Brytanii. Tak się kończy opowieść o dobrym człowieku - Niemcu.
Zawsze mówił mojej mamie,
- Pani Adamczykowa co ja jestem winien że jestem Niemcem
- Ja szedłem ulicą i śpiewałem Jeszcze Polska nie Zginęła a Maniuś się bał i mówił,
- Wili co ty wyprawiasz, jeszcze nas aresztują.
I zaczęli się śmiać.

Najstarszego brata Mariana wywieźli do Niemiec do kopalni. Było tam bardzo ciężko.
Spotkał na swojej drodze dobrego Niemca, ten się nim zaopiekował, przynosił mu jedzenie - brat był głodny i wycieńczony pracą.
Po pewnym czasie, Niemiec powiedział mu, że jak brat chciałby uciec, to on mu ułatwi tę ucieczkę.

I tak się zaczęła jego wędrówka do Polski.
W każdym miejscu do którego dotarł, ktoś na niego czekał i tak coraz bliżej był ukochanego domu. Niestety nie dotarł na Wielkanoc do domu.
Przepłynął przez Wartę, bo na moście byli żandarmi - było wtedy bardzo zimno.
Mój braciszek ostatkiem sił dotarł do Konstantynowa Łódzkiego. Miał pecha, jak przechodził przez Konstantynów był tam targ i Niemcy zrobili obławę. Bratu było bardzo zimno więc podszedł do jednego pana, wyznał mu że jest uciekinierem i jest bardzo zziębnięty.
Ten pan podszedł do handlarza i powiedział,
- daj temu człowiekowi kalesony i koszulę bo i tak ci Niemcy zabiorą.
Na tym targowisku w czasie obławy brat mój dał dwóm obcym panom kartki z informacją dla rodziny że żyje, że jak ich nie zabiorą to żeby doręczyli je jego rodzinie.
Mojego brata zabrali w tej obławie i został wywieziony ponownie do Niemiec.
Idąc do domu brat z każdej większej miejscowości pisał listy do domu. Minęły święta, a brata nie było.
Mama czekając na niego zachorowała z tego zmartwienia że go jeszcze nie ma.
Ci panowie z targu przynieśli wiadomość od brata po świętach, mama bardzo to przeżyła.
Dopiero po kilku tygodniach dostaliśmy od Mariana list. Brat miał szczęście, że nie trafił do tego samego arbaitsamptu. Bo jak by to była ta sama miejscowość to by go zabili albo wywieźli do obozu.
Z tego wielkiego nieszczęścia było szczęście, bo brat tam zachorował - zaatakowały go wrzody i był bardzo wycieńczony. Niemcy go zwolnili, przyjechał do domu i bardzo się ucieszyliśmy. Mama zawsze mówiła na Mańka,
- to jest mój król.
Tak bardzo go kochała.

Brat Kazik to był średni, co mogę o nim napisać.
Pamiętam, zimą woził mnie na sankach bo mama mówiła:
- Kaziu powoź to dziecko.
Zawsze spełniał mamy prośby.
Raz napadało tyle śniegu i na rogu naszej ulicy i Łęczyckiej była wielka góra śniegu, on jak się ze mną rozpuścił to mnie wpakował w tę zaspę i wtedy bardzo płakałam i powiedziałam mamie, że nie chcę żeby mnie woził.
Dostał od mamy wielką burę. Ale w gruncie rzeczy był bardzo dobrym bratem, żałuję że nigdy mu nie powiedziałam jak go kochałam.
Przed wojną poszedł do wojska, służył w Rembertowie pod Warszawą. W trzydziestym dziewiątym roku miał być zwolniony, ale wybuchła wojna i ich nie zwolnili, był obrońcą Warszawy.
Jak Warszawa się poddała to generałowie Polski i Niemiecki ze sobą rozmawiali. Nasz generał prosił generała niemieckiego żeby to wojsko co zostało puścił wolno i tak się stało.
Stałam przy kuchennym oknie, a tato był na podwórku jak dochodził do niego żołnierz. Pamiętam tę chwilę, był słoneczny ranek, tato rozłożył ręce i zaczął ściskać swojego syna a ja wołałam:
- mamo, mamo Kazik wrócił z wojny.
Mama bardzo się rozpłakała, siostra też. Jak wszedł do mieszkania to dopiero była wielka radość i było wylane morze łez.
Odpoczął trochę i się umył. Siostra myjąc mu plecy zauważyła dość duży metalowy odłamek. Siostra powiedziała:
- Kaziu masz odłamek na plecach.
Brat opowiedział, że jak była bitwa, to w jednej chwili zrobiło mu się słabo, to wtedy uderzył go ten odłamek. Mój brat nie narzekał na ból.
Pola ładnie mu go wyjęła, bo przed wojną młodzież uczyła się pierwszej pomocy sanitarnej.

Kazik wykąpany powiedział do mamy:
- mamuchna, jak było takie wielkie bombardowanie, to ja tylko myślałem o kluskach ze śliwkami.
Jak siostra to usłyszała, to zaraz poszła szukać śliwek - dostała je na Zarzewie. W ten sposób spełniło się marzenie brata Kazika.

Opiszę dalsze losy brata Kazika.
Jak wiadomo, były to pierwsze dni wojny. Po jakimś czasie Niemcy przysyłali karty do arbajtsamtu, żeby iść do pracy. Kazik miał szczęście że go nie zabrano do Niemiec, tylko pracował w Łodzi.
Była to ciężka praca ale i tak się mama cieszyła że był w domu.
Przed wojną Niemcy chodzili z Polakami razem do szkoły. Chłopaki nieraz się pobili o głupstwo.
Raz brat nie przyszedł z pracy na swoją godzinę, mama już się niepokoiła. Po jakimś czasie przyszedł cały zakrwawiony. Pamiętam tę chwilę, mama mówiła:
- dziecko, co ci się stało?
- pobił mnie Niemiec, dawny kolega ze szkoły.
Pobił go dotkliwie, wybił mu dwa zęby i poobijał plecy i piersi.
Niemiec w mundurze Gestapo powiedział:
- ja ci pokarzę jak Niemcy biją.
Co brat mógł zrobić? On tylko stał. Miał tę świadomość, że Niemiec tylko czeka aby brat go uderzył. Jak by go uderzył to on by go zastrzelił, a brat chciał żyć.

Teraz napiszę o moim najukochańszym bracie Hirku (Hieronim Adamczyk - przypis TS).
Jak skończył dwanaście lat to musiał iść do pracy. Były to zakłady metalowe, pracował jak każde dziecko wojny.
Przyszedł czas, że wywieźli go na roboty do Austrii.
Na ulicy Kopernika w fabryce był przejściowy obóz dla Polaków, których wywozili do Niemiec. Brata też tam przewieźli.
Jak dostaliśmy wiadomość, że brata wywiozą na roboty do Niemiec mama z siostrą uszykowały walizkę z żywnością i bielizną.
Ja z siostrą pojechałyśmy na Kopernika, a tam pełno ludzi, dowiedziałyśmy się, że brata i innych zabrano do łaźni.
Było zimno, długo czekałyśmy aż się doczekałyśmy.
Szli jak skazańcy, z gołymi głowami, parowała z nich wilgoć. Siostra jak go zobaczyła, to zrobiło się jej słabo.
Jak weszli do fabryki to przyjechali żandarmi i wszystkich ludzi co przyszli do swoich bliskich zabrali na komisariat.
Jak prowadzili nas na komisariat, to ja się ukryłam w jednej kamienicy i czekałam. Od ludzi tam mieszkających dowiedziałam się, że zabranych ludzi zaraz wypuszczą i tak jest co dzień. Każdy musiał wpłacić dwie marki. W ten sposób Niemcy zarabiali na biednych Polakach.
Wkrótce spotkałyśmy się z siostrą i razem patrzyłyśmy w małe fabryczne okienka aby choć na chwilę zobaczyć naszego brata. Potem dali ogłoszenie aby się ustawić w kolejce bo będą odbierać paczki.
Jak później rozmawiałam z bratem to on nic nie dostał. I tak głodnego wywieźli z Polski.

Brat mój Hirek jest katolikiem wielkim patriotą i wielkim Polakiem.
Jak już się tam (w Austrii - przypis TS) zadomowił, a był bardzo grzecznym młodzieńcem to miał tam w miarę dobrze. Cały czas pamiętał o swojej rodzinie, co mógł to przysyłał do domu, nawet suszone ziemniaki wiedeńskie jadłam, za które mu dziękuję.
Kiedyś dostaliśmy paczkę od niego w której było z 15 kg grochu farbowanego. Wyglądał jak cukierki. Mama jak zobaczyła to powiedziała:
- Boże Wielki, co my zrobimy z tymi cukierkami.
Ja wzięłam jeden do ust i przekonałam się, że nie są to cukierki, tylko pięknie ufarbowany okrągły groch. Mama go zamoczyła i ugotowała, był pyszny i mieliśmy co jeść. Część grochu mama wymieniła na mięso.

Teraz opiszę moją siostrę Polę (Apolonia Adamczyk - przypis TS).
Była to wspaniała osoba, miałam ogromne szczęście, że miałam taką siostrę. Była starsza ode mnie o szesnaście lat. Jak się urodziłam była już panną i chwaliła się, że ma młodszą siostrę.
Siostra moja, jak już byłam małą dziewczynką zabierała mnie wszędzie ze sobą, na spacery do Parku Źródliska i nawet na swoje randki.
Park Źródliska to poznałam bardzo dobrze. Bardzo chciała być krawcową.
Mama kupiła maszynę do szycia, siostra poszła na naukę do sławnej Mistrzyni Cechowej pani Musiałowiczowej. Kursy Kroju Szycia i Modelowania na Piotrkowskiej 163.
Siostra zdała kurs z wynikiem bardzo dobrym.

W czasie wojennym jak mogłam to jej pomagałam. Miała bardzo dużo pracy, było bardzo dużo obciągania guzików, przyszywania zatrzasków i obrzucania.

Wrócę jeszcze do czasów przed wojną.
Pamiętam nasz domek, był to drewniaczek, piękny i czysty. Panie, które mieszkały w nim były czystymi i zaradnymi lokatorkami.
Pamiętam, a była to Wielkanoc jak ksiądz chodził święcić. Nasz stół był zawsze duży, bo rodzice dbali o nas i aby nigdy u nas nie było głodu, były przeróżne smakołyki, pyszny placek - tato wyrabiał ciasto a ja podkradałam rodzynki (bardzo lubiłam surowe ciasto).
W tą ostatnią przed wojną Wielkanoc ksiądz święcił w naszym domku.
Wszystkie panie się wtedy postarały, a był to słoneczny dzień. Jak ksiądz wszedł do korytarza to powiedział:
- na takim korytarzu, na podłodze można kluski robić.
Mama odpowiedziała, ale już nie pamiętam co.

Wracam do siostry.
Biedna pracowała bardzo dużo godzin. Miała narzeczonego, urodziła córeczkę którą bardzo kochała. Wszyscy najbliżsi kochali to dziecko.

Teraz opiszę jak w czasie wojny chodziłam po mleko. Mieszkałam na ulicy Łowickiej a po mleko chodziłam na Olechów ok. sześć kilometrów w jedną stronę. Miałam wtedy dwanaście lat, nieraz jak było jeszcze ciemno przechodziłam koło cmentarza na Zarzewie - wcale się nie bałam. Zdarzało się, że jak doszłam do Niemki po mleko, okazywało się, że mleka nie ma. Wtedy szłam z powrotem i płakałam.
Pamiętam też dwoje dzieci brata z siostrą, które też po mleko chodziły. Najgorzej to było zimą, mróz, śnieg a ja szłam nawet mrozu nie odczuwałam. Ja chodziłam po mleko, tato i mama siostrze nie pozwolili bo ona dosyć się napracowała. Siostra nieraz mówiła:
- mamo ja się przelecę,
To mama jej pozwoliła, ale to było może trzy razy.
Mam w pamięci taki obraz, jak szłam tą polną drogą na Olechów, to widziałam przy stodole te dzieci co nieraz ich widziałam, jak śnieg ich przysypał i zamarzły na śmierć. Nigdy tego nie zapomnę, jak przyszłam do domu, to wszystko opowiedziałam.
Nieraz z nimi rozmawiałam na drodze, chłopiec wyglądał na dziesięć lat a jego siostra na osiem. Takie były losy Polskich dzieci.
Dzisiaj mówi się tylko o żydowskich dzieciach, a gdzie los tysięcy Polskich dzieci?
Przecież, jak był chłopiec z niebieskimi oczyma, albo dziewczynka, to ich wywozili w głąb Niemiec i chcieli ich zniszczyć. O tym nasza władza nie mówiła, a szkoda.

I znowu płynęły dni w tę ciężką wojnę. Moi trzej bracia byli wywiezieni, ja z siostrą mamą i tatą byliśmy razem.
Jak córka siostry Janeczka miała dziewięć miesięcy to siostra moja zachorowała, był to wielki cios dla nas.
Miała dużą gorączkę, która nie chciała jej opaść. Przychodziło dwóch lekarzy, ale nie wiem, czy się nie poznali na chorobie, czy nie chcieli pomóc.
Aż raz się zeszli na konsultację i powiedzieli, że trzeba wezwać specjalistę. Zostawili adres lekarza specjalisty, była to ulica Al. Kościuszki.
Wybrałam się tam ze skierowaniem od lekarzy. Pamiętam, że to było pierwsze piętro, weszłam do pokoju, pani wzięła ode mnie kartkę i poszła do pana doktora.
Po paru minutach wyszła i powiedziała mi, że pan doktor może przyjść dopiero za miesiąc.
Przybiegłam do domu i to powiedziałam mamie.
Jak trochę odpoczęłam, mówię do mamy:
- idę jeszcze raz.
I poszłam. Weszłam na schody, nie wchodziłam do środka, usiadłam i zaczęłam głośno płakać, aż ta pani otworzyła drzwi i spytała się:
- dlaczego tak głośno płaczesz?
Odpowiedziałam:
- Bo moja siostra jest bardzo chora, a pan doktor powiedział, że przyjdzie za miesiąc.
Poszła ta pani do doktora, po chwili wróciła i powiedziała abym poszła do domu, że pan doktor zaraz przyjedzie.

Poszłam do domu. Jak doszłam, to pan doktor już siostrę badał. Pamiętam jak pokazywał mamie w szklance ropę.
Siostra pojechała do szpitala. Pamiętam jak się z nami żegnała, z córeczką to nie miała siły się pożegnać, tak ją ta gorączka osłabiła.
Trzeba było siostrę zawieźć do szpitala, na naszej ulicy mieszkał pan Cebula, on miał dorożkę.
Tata poszedł do pana Cebuli i poprosił aby on zawiózł córkę do szpitala. Siostra stojąc na stopniu patrzyła na nasze okno, bo tam widziała córeczkę mnie i tatę.
Mama pojechała z siostrą. Sąsiedzi ją żegnali i płakali a ona lekko się uśmiechała, jeszcze raz ogarnęła cały domek w którym mieszkała.
Już nigdy do niego nie wróciła.
W szpitalu bardzo śmierdziało, był to szpital dla Polaków.
Ja co dzień chodziłam do siostry z jedzeniem, bo ona nie mogła jeść tego szpitalnego jedzenia, bo jedzenie też śmierdziało. Moja siostrzyczka na sali leżała prosto w drzwi. Jak wchodziłam to Pola mówiła:
- przyszła moja siostrunia.
Pomogłam ją nakarmić, zanosiłam jej też kolację.
Chore, które mogły chodzić to jej pomagały.
Przyszedł dzień operacji. Po operacji siostra czuła się dobrze, bardzo się wtedy ucieszyliśmy.
Płynęły dni, ja z mamą na zmianę chodziliśmy do siostry. Ja dostałam wezwanie do arbajtsamtu żeby się zameldować do pracy.
Siostra się zmartwiła, że mama będzie miała więcej obowiązków. Mama jej powiedziała:
- ty Poluchna się nie martw, tylko wyzdrowiej, to wszystko będzie dobrze.
Pewnego razu siostra powiedziała do mamy:
- mamo, sprzedaj wszystkie moje kosztowności i mnie ratuj.
Sprzedaliśmy wszystko co mieliśmy.

W niedzielę zawieźliśmy jej córeczkę, bardzo się ucieszyła, wyściskała ją, pogłaskała i w rączkę pocałowała.
Ze środy na czwartek siostrze się pogorszyło, jak do niej przyszłam z obiadem to już mnie nie przywitała uśmiechem tylko smutno na mnie patrzyła.
Szybko jak tylko moje siły mi pozwalały pobiegłam po mamę. Weszłam do mieszkania i zdyszana mówiłam do mamy:
- mamo, mamo z Poluchną jest źle.
Mamie serce prawie pękło.
Ubrała się i pobiegła do szpitala. Nie wróciła na noc.
Siostra była coraz słabsza. Mówiła do mamy:
- jak ty sama dasz radę?
Mama odpowiedziała przez łzy:
- nie martw się córeczko tylko wyzdrowiej.
Siostra nad ranem powiedziała:
- mamo zdejmij te czarne papiery z okna to świeże powietrze wejdzie.
Mama tak zrobiła, siostra powiedziała:
- tak jest lepiej.
Mama poprawiła poduszkę na łóżku córce. Przy łóżku były przymocowane bandaże aby chory mógł się przytrzymać, mama podała córce ten bandaż, lecz ona nie miała już siły się przytrzymać, taka była słaba. Mama powiedziała:
- to ty jesteś taka słaba?
- tak mamo, jestem słaba.
Głęboko odetchnęła i skonała. Ukochana córka umarła na rękach matki.

Rozpacz mamy była niesamowita. Płacz, rozpacz i nieszczęście razem.
Jak weszła w drzwi domu i powiedziała, że dziecka nie ma tato wyszedł na podwórko, oparł się o płotek do ogrodu i płakał,
zrobił się cichy i nieobecny.

Pochowaliśmy siostrę na cmentarzu na Kurczakach. Był to wojenny cmentarz.
Mój brat Hirek dostał urlop, ale nie zdążył na pogrzeb siostry, już ją pochowaliśmy.
Jak wszedł w drzwi to zaczęliśmy płakać i zarazem cieszyć się, że go widzimy. Jak odpoczął po podróży pojechaliśmy na cmentarz. Mój brat bardzo mocno przeżył śmierć swojej siostry.

Mijały dni, tygodnie a wojna trwała, zabierała ludzi niewinnych.

Pracowałam dwanaście godzin dziennie. Pracowałam w szwalni na ulicy Sienkiewicza 70.
Szyliśmy spodnie, a na 6-go Sierpnia szyli marynarki, była to firma z Rajchu.
Było trzech majstrów, dwóch Niemców (porządnych ludzi) i jeden Polak Nelke (był bardzo złym człowiekiem).
Starszy majster z Rajchu mnie bardzo lubił.
Szycie miałam "we krwi" i co uszyłam to mu się bardzo podobało, mówił uśmiechając się:
- bardzo dobrze pracujesz, dziecko.
Drugi majster z Niemiec był ładnym młodzieńcem, starsze dziewczyny to się w nim kochały. Mnie bardzo lubił. Nieraz przychodził posiedzieć na ławce koło nas, policzki miał czerwone bo był chory na płuca (dlatego go nie zabrali na front).
Trzeci majster - Polak - był złym człowiekiem.
Pamiętam jak raz były jego imieniny, kupiłyśmy mu kwiaty. On wtedy mocno zbił małą Krysię.
Spotkałam Krysię po wojnie. Pytała się mnie o niego, bo wyszła za mąż za wojskowego któremu to opowiedziała. Powiedziała:
- Wiesiu, mój mąż jak go by znalazł to by go zabił.
Później Krysi już nie spotkałam, innych dziewczyn też.
Niemcy przywozili bardzo nowoczesne maszyny. Starsze dziewczyny nie chciały na nich szyć.
Kiedyś przywieźli maszynę co szyła i prasowała. Majster przyszedł do mnie i prosił abym usiadła przy tej maszynie i zobaczyła jak się na niej szyje.
Nie chciałam się zgodzić, powiedziałam, że są starsze i bardziej doświadczone dziewczyny (miałam wtedy 14 lat).
Majster powiedział, że one się boją i tak jak ja to one nie uszyją. Zgodziłam się.
Nawet mi dobrze szło to szycie. Praca na szwalni była taśmowa.
Były wyliczone minuty na pracę i trzeba było zdążyć aby inne nie czekały. Na tej taśmie byłam najmłodsza i też musiałam nadążyć za innymi.
Dostawałam najmniejszą pensję.
Pewnego razu zrobiłam sabotaż i nie przyszłam do pracy. Przysłano do mnie Niemkę, majstrową panią Kruger (uczciwą kobietę), ja jej powiedziałam, że dzisiaj nie mogę bo się źle czuję ale jutro przyjdę. Krugerowa jak wróciła to przekazała to swojemu mężowi - majstrowi.
Usłyszał to majster "Polak", zemścił się na mnie i zawiadomił Gestapo.
Niemiecki majster przyszedł do mnie i powiedział:
- jest źle, przyjedzie Gestapo, ja ciebie nauczę jak masz mówić.
Tak się stało. Jak mnie zawołano poszłam do biura, w biurze był bardzo młody i przystojny Gestapowiec, pytał mnie dlaczego nie przyszłam do pracy.
Powiedziałam mu, że pracuję na taśmie dla dorosłych, a pensję dostaję dla młodocianych.
Spytał się majstra czy to prawda. Majster to potwierdził i dodał, że jestem dobrą i sumienną pracownicą. Starszy majster powiedział, że jestem dobrym dzieckiem.
Majster "Polak" tak się zaperzył, że aż mu piana zaczęła iść z ust, chciał powiedzieć coś złego o mnie.
Gestapowcowi się to nie spodobało i go wyrzucił za drzwi.
Niemiec spytał się mnie, czy jeszcze bym raz tak zrobiła?
Powiedziałam, że nie. To mnie uratowało bo groził mi obóz na Spornej.
Dziękuję tutaj obydwu niemieckim majstrom, mam nadzieję, że "Polaka" - naszego trzeciego majstra nie ominęła sprawiedliwa kara.
Skorzystałam na tej aferze, Gestapowiec kazał podwyższyć moją pensję, od tej pory miałam tylko dwie marki mniej od pozostałych.

I tak mijały dni, tygodnie i miesiące wojny.
Aż tu naraz zaczęły się wyjazdy na okopy. Majster "Polak" zemścił się na mnie i pierwszym transportem zostałam wywieziona do pracy przy kopaniu okopów.
Bardzo to przeżyłam, szkoda mi było rodziców a jeszcze bardziej siostrzenicy Janeczki, bardzo za nią tęskniłam.

Zaprowadzono nas na Kopernika do znanej mi z wyjazdu mojego brata fabryki. Niektórzy ludzie byli tam dłużej niż jeden dzień. Ja miałam to szczęście, że tego samego dnia zabrali mnie na stację kolejową. Słońce zachodziło, jechaliśmy w stronę Poznania.
Byłam spokojna, jedna pani Ala, która jechała z nami strasznie panikowała, ja w tej grupie byłam najmłodsza - prosiłam panią Alę aby się uspokoiła, powiedziałam jej:
- nic to pani nie pomoże, co ma być to będzie.
Rano zajechaliśmy do stacji Goslin. Było bardzo gorąco, zaprowadzono nas na stadion, było bardzo dużo ludzi. A ja zachorowałam.
Dziewczyny z którymi przyjechałam położyły mnie na trawie, koło nas przechodzili ludzie, pytali się skąd jesteśmy - odpowiadałyśmy, że z Łodzi.
Przechodził chłopiec z dziewczyną, stanęli obok nas, zapytał:
- dlaczego ona leży?
Dziewczyny powiedziały, że zachorowałam.
Po pewnym czasie chłopiec przyszedł z mamą i mnie zabrali do swojego domu. W domu jak pamiętam było pełno napisów po niemiecku. Nie miałam odwagi zapytać o to moich wybawców.
Dziękuję serdecznie tej niemieckiej rodzinie za pomoc. Bez ich pomocy nie wiem co by się ze mną stało.
I znowu w pociąg, w nieznane. Bardzo tęskniłam za domem. Jechaliśmy całą noc. Było przed południem jak nas wysadzono z wagonów (było ciepło), zaprowadzono nas do wioski Grabiszew i tam nas rozlokowano. Ja razem z koleżanką ze Zgierza Henią (mała z zadartym noskiem), dostałyśmy się do jednej z chałup.
Tak zaczęła się nasza niedola. Spałyśmy (razem aby było nam cieplej) na podłodze z betonu. Jak był mróz to szron wchodził wysoko na ściany.
Pamiętam jak pewnego dnia tato przyszedł do mnie (padał wtedy rzęsisty deszcz), z Henią stałyśmy w tym deszczu przytulone do siebie i marzyłyśmy o rodzinnych domach. Ja zapatrzona w dal mówię do Heni:
- Heniu, tam idzie mój tata, cały ten punkt w dali to mój tata.
Jak szedł coraz bliżej to już biegłam do niego, jak ja bardzo się wtedy cieszyłam.
Był taki mokry od deszczu, jesionka przemokła, marynarka też.
Tato jak wszedł tam gdzie spałyśmy to się przeraził i zmartwił. Poszedł do Niemca, który nas pilnował i poprosił aby on dał mi i Heni wolny dzień (dał mu za to pieniądze).
Poszliśmy na wioskę, tato wszedł do domu w którym mieszkali Polacy. Właściciel domu był kolejarzem. Tato spytał panią domu czy możemy się wysuszyć.
To byli bardzo dobrzy ludzie, pani zabiła kurę i zrobiła pyszny rosół. Koło wieczora ten pan powiedział, że będzie miał służbę na kolei to może tatę ze sobą zabrać bo jedzie do Zduńskiej Woli.
Tato spytał, czy jedzie tą trasą co przejeżdża przez Suchoczasy (tam mieszkała rodzina taty), tak było.
Przejeżdżając w tej okolicy kolejarz zwolnił bieg pociągu i tato wyskoczył z niego. Przez pola doszedł do swojego brata i mu opowiedział gdzie jestem.
Brat taty, kochany człowiek, korzystając z pomocy naszego kolejarza zaczął przynosić nam jedzenie.
Na robotach dostawałyśmy dwadzieścia deko chleba, łyżkę cukru i łyżkę marmolady, czasem "cienką" zupę na obiad. Cukier i marmoladę to zaraz zjadałyśmy a chleb opiekałyśmy sobie nad ogniskiem na kolację.
Jak mój brat Hirek jak dowiedział się gdzie jestem, to zaczął mi przysyłać pieniądze.
Wtedy chodziliśmy z Henią do jednej z pani mieszkającej w małej chałupce we wsi.
W chałupce mieszkał też dziadek i dwóch małych chłopców. Jak przyszedł kuzyn tej pani to nieraz przyniósł mięso i wtedy była lepsza zalewajka. Ja zawsze tej pani dawałam więcej pieniędzy jak chciała - było mi żal tych dzieci i dziadka.
Mówili na mnie śpiąca królewna, bo jak było zimno, przyszłam do ciepłej izby i zjadłam gorący talerz zalewajki to zaraz mi się chciało spać, a Heni nie.
Tato przed zimą 1945 roku przyszedł do mnie i przyniósł mi kołdrę, poduszkę i cieplejsze ubranie i oczywiście co mama mogła to mi zrobiła paczkę z jedzeniem.
Biedny tato, jak on się wtedy zmordował i nadźwigał, bardzo mnie kochał, ja go też mocno kochałam.
Na tych okopach bardzo się przeziębiłam, miałam odmrożone nogi koło kolan i bardzo mnie to bolało. Jak przyszła zima to musieliśmy wychodzić na pole i śnieg wyrzucać z okopów.
Pod śniegiem był lód i woda.
Byłam odważna, jak było bardzo zimno i byłam głodna to uciekałam na wioskę za torami i lasem. Czasami zabierałam ze sobą jakąś koleżankę, ale one się bały.
Raz uciekłyśmy z Zosią (mieszkała na Dowborczyków). Natrafiłyśmy we wsi na Niemkę, Zosia chciała się wrócić ja nie.
Niemka dała nam jeść - była to brukiew z wołowiną - do tego chleb, grube kawałki posmarowane masłem.
Zaprosiła nas na następny dzień, ale już nie poszłyśmy bo nas przewieźli w inne miejsce bliżej Łodzi.

Z nowego miejsca parę razy uciekałam jak było tak zwane odwszawianie (po nas chodziły takie duże wszy).
Jak uciekałam do domu to rodzice się bardzo cieszyli, umyłam się pobawiłam z lalunią (siostrzenicą Janeczką) i później z powrotem w drogę. Tato na powrotną drogę zawsze coś dawał dla Niemca aby ten przymknął oko na moje ucieczki.
Była z nami pani Gabrysia z Pabianic bardzo ładna kobieta, myślę że ona była pisarką lub poetką. Była też pani inżynierowa z Pabianic (zabrano ją prosto z pracy w garsonce i korkach) - uczyłyśmy ją chodzić w trepach.
Pani Gabrysia była bardzo cicha i spokojna, ciągle płakała. Pani Gabrysia napisała okopową piosenkę na melodię harcerską.
Za tą piosenkę została dotkliwie pobita po rękach przez Artura "następny Polak w moim wojennym życiu". Bardzo jej te ręce spuchły.
Nie mając nic innego pani inżynierowa robiła jej okłady z własnych sików.

Fragmenty piosenki którą zapamiętałam:

Wesoła okopowa wiara,
Smutny jej życia los,
Nie to co dawniej,
Szwalnia szara, w której,
Się śmiejemy w głos.
Bo tutaj na okopach,
Ze szpadlem płynie czas.

Tra la la la
Czy jest pogoda,
Czy leci woda,
Słyszymy stale "loss".

Przy pracy wszystkie pochylone,
Głęboki ryją dół,
Artur spogląda w naszą stronę,
By nas poganiać znów.

Tra la la la
Czy jest pogoda,
Czy leci woda,
Słyszymy stale "loss".

Mamy też swego listonosza,
Który przynosi listy nam,
Bo każdy list otrzymany,
Przyjemność sprawia nam.

Tra la la la
Czy jest pogoda,
Czy leci woda,
Słyszymy stale "loss".

A gdy przychodzą nasze matki,
Jest wielka radość w nas,

Tra la la la
Czy jest pogoda,
Czy leci woda,
Słyszymy stale "loss".

Mijały dni i tygodnie wojny.
Zima była bardzo ostra, a my cały czas na powietrzu. Byłam osłabiona, miałam przeziębione nogi które bardzo bolały. Nadchodziło Boże Narodzenie i dostałyśmy urlopy.
Przyjechałam do domu, babcia była w stanie krytycznym i w Wigilię umarła. Było to dla mamy bardzo przykre, bardzo płakała.
W drugi dzień świąt musiałam wracać do kopania okopów. Musiałam opuścić wszystkich których kochałam.

Przyjechałyśmy, ale już nie pamiętam czy wszystkie. Znowu pracowałyśmy na mrozie. Przyszedł styczeń 1945 roku.
Zaczęła mnie prześladować myśl i coś mi mówiło żeby uciekać i wracać do domu. Ale to prawie pięćdziesiąt kilometrów - myślałam, że może coś się stało. Może coś z tatą, mamą lub siostrzenicą (więcej nie było nikogo w domu).
W nocy uciekłam. Była to bardzo mroźna noc, księżyc świecił, bardzo się bałam i do nasypu kolejowego biegłam, a był to spory kawałek.
Jak dobiegłam to się obejrzałam i mówię sobie: - dzięki Bogu, że nikt nie wyszedł, bo jak by wyszedł to by było po mnie (strażnicy wychodzili z karabinami).
Tak zaczęła się moja wędrówka do domu, zimno, pusto a ja sama przez las. Bałam się bardzo, ale się nie rozglądałam ani w lewo ani w prawo. Krok za krokiem i kilometry mijały a ja zbliżałam się do celu. Nad ranem, gdy zaczęło świtać - wtedy jest bardzo zimno - zaczęłam czuć zmęczenie. Drogą szli miejscowi ludzie i mówili:
- ile to dziecko przeszło drogi?
Myślę sobie, skąd oni wiedzą, że ja przeszłam już tyle kilometrów?
Spojrzałam po sobie, byłam cała oszroniona. Jak mogłam to z siebie otrzepałam ten szron.
Czułam już wielkie zmęczenie, chciałam wejść do jakiejś chatki ale się bałam aby nie trafić na Niemców.
Pomimo strachu weszłam do takiej ubogiej chaty na uboczu wsi. Była tam pani co miała złamaną rękę. Weszłam i jej wszystko opowiedziałam. Ona kazała mi się rozebrać, nagrzała mi wody i kazała umyć nogi. Jak się umyłam, dostałam zalewajki. Po posiłku zrobiło mi się słabo. Odpoczęłam chwilę, ubrałam się i w drogę.

Szłam w stronę Ozorkowa, na rozstaju drogi skręciłam w prawo - i to było źle. Napotkanego pana zapytałam jak się idzie w stronę Ozorkowa.
Pan powiedział, że idę źle, powiedział abym przeszła tą grobelkę i tam będzie droga do Ozorkowa.
Tak zrobiłam, ale grobelka była zaorana i przysypana śniegiem. Moje obolałe nogi zostały poddane ciężkiej próbie, nie miałam siły iść, płakałam z bólu.
Jak doszłam do drogi to znowu płakałam ze szczęścia. Po kilku kilometrach zobaczyłam Ozorków. Jak doszłam do tramwaju i usiadłam w poczekalni to mi same łzy płynęły, tak byłam szczęśliwa że już jestem blisko domu.
Boga prosiłam żeby w tramwaju nie było obławy.
Szczęśliwie dojechałam do Placu Wolności.
Jaki ten Plac "Wolności" był piękny a ja szczęśliwa.
Na placu wsiadłam w "mój" tramwaj - myślami byłam już w domu, co tam się stało że tak mnie gnało do domu.
Przyszłam pod drzwi, zapukałam, wchodzę, a mój tato, mama i siostrzenica cali i zdrowi. Tato powiedział:
- dziecko dobrze że przyjechałaś, wojna się kończy ...

Hirek

Hieronim Adamczyk

Teraz napiszę o moim najukochańszym bracie Hirku (Hieronim Adamczyk - przypis TS).
Jak skończył dwanaście lat to musiał iść do pracy. Były to zakłady metalowe, pracował jak każde dziecko wojny.
Przyszedł czas, że wywieźli go na roboty do Austrii.

Pamiętnik w opracowaniu.

Kaziu

Kazimierz Adamczyk

Przed wojną poszedł do wojska, służył w Rembertowie pod Warszawą.
W trzydziestym dziewiątym roku miał być zwolniony, ale wybuchła wojna i ich nie zwolnili, był obrońcą Warszawy.
Jak Warszawa się poddała to generałowie Polski i Niemiecki ze sobą rozmawiali. Nasz generał prosił generała niemieckiego żeby to wojsko co zostało puścił wolno i tak się stało.
Stałam przy kuchennym oknie, a tato był na podwórku jak dochodził do niego żołnierz. Pamiętam tę chwilę, był słoneczny ranek, tato rozłożył ręce i zaczął ściskać swojego syna a ja wołałam:
- mamo, mamo Kazik wrócił z wojny.
Mama bardzo się rozpłakała, siostra też. Jak wszedł do mieszkania to dopiero była wielka radość i było wylane morze łez.

Pamiętnik w opracowaniu.

Maniek

Marian Adamczyk

Brat (Marian Adamczyk - przypis TS) najstarszy - to był bardzo elegancki,
w tygodniu chodził "pod krawatem", a w niedzielę "pod muchą" (miał takich samych kolegów),
ale był problem zawiązania muchy, nikt nie umiał jej wiązać, a więc "kawalerka" przychodziła w niedzielę rano do nas i mama im wiązała te muchy.
A było to nie lada zadanie, bo mucha musiała być prosto wywiązana.
Wszyscy od nas szli do kościoła (św. Anny - przypis TS) na dziewiątą rano.
Po Mszy Świętej, wszyscy stali przed Kościołem i spoglądali na panny - która ładniejsza.

Pamiętnik w opracowaniu.